Psychologium

Psychologia dla Ciebie

Koncert na dwie harfy

Filed under: Psychoterapia — Dominik at 7:51 am on Wednesday, February 1, 2012

Trafiają do mnie osoby reprezentujące różne profesje i różne zamiłowania. Problemy i trudne sprawy nie omijają nikogo, pracowałem więc już między innymi z nauczycielami, lekarzami, kierowcami, artystami i studentami różnych kierunków. Z każdą z takich osób próbuję nawiązać kontakt, który ułatwi nam zajęcie się doświadczanymi trudnościami, które były powodem przyjścia do gabinetu. Zazwyczaj na początkowym etapie spotkań, staram się pokazać na czym polega idea pracy psychoterapeutycznej nad własnymi sprawami oraz czego można oczekiwać od terapeuty. Czasami udaje mi się znaleźć zgrabną metaforę opisującą jak klient może rozumieć swoją obecną, niezadowalającą sytuację, jak będzie wyglądał proces zdrowienia i co będzie temu procesowi sprzyjało. Najbardziej przemawiające do wyobraźni są oczywiście takie metafory, które tematycznie pochodzą z jakiejś części świata klienta. O jednej z takich, którą udało nam się kiedyś wspólnie z klientem wypracować chciałbym teraz napisać.

Brakujące dźwięki

Przesympatyczny młody człowiek z którym kiedyś pracowałem zajmował się muzyką. Potrafił grać na różnych instrumentach. Czasami dla łagodnego wejścia w temat rozmawialiśmy chwilę o muzyce, jako że i mnie jest ona bardzo bliska. Chcąc przedstawić mu moją wizję pracy terapeutycznej porównałem człowieka do harfy. Harfa to piękny, dostojny instrument, wydający przyjemne dźwięki. Żeby jednak można było na nim ładnie zagrać, musi być dobrze nastrojony, musi także posiadać wszystkie struny aby można było zagrać każdy dźwięk z gamy. Kiedy człowiek jest zdrowy, swoje najważniejsze sprawy ma poukładane i uspokojone, jest właśnie taką kompletną harfą. Może znaleźć się w różnych sytuacjach i będzie potrafił elastycznie zareagować, czyli zagrać jak harfa każdą melodię. Jednak osoby, które trafiają do gabinetu, najczęściej przeżywają trudności w różnych sytuacjach i razem z klientem zobaczyliśmy je jako harfy, które nie potrafią zagrać każdej melodii. Być może posiadają struny w jakimś stopniu rozstrojone. Być może nawet brakuje niektórych strun, a nie wykluczone, że czasem w ich miejsce zamontowane zostało coś zastępczego, co ma strunę udawać. Na takiej harfie trudno jest grać, a wydobycie niektórych dźwięków może być zupełnie niemożliwe.

Naprawa harfy

Na samym początku staramy się dokładniej przyjrzeć harfie. Co źle działa, czego brakuje, co jest być może niepotrzebne? W jakich sytuacjach osoba przeżywa trudności, co je powoduje, jakie to wyzwala reakcje? Takie pytania pozwalają namierzać trudności. Czasami odkrywamy bolesną prawdę o stratach i urazach jakie osoba poniosła w różnych sytuacjach swojego życia. To one najczęściej powodują trudności w późniejszym radzeniu sobie z podobnymi sytuacjami. Często wystarczy odkryć i dobrze dostroić niewłaściwie brzmiącą strunę. Czasem jednak deficyt jest większy i należy popracować nad założeniem nowej struny, wypracowaniem nowej umiejętności, która będzie mogła zostać włączona do repertuaru zachowań osoby, tak jak brakująca struna zamocowana w harfie. Często okazuje się też, że aby skompensować powstałe deficyty, zamontowane zostały różne sznurki i linki, mające zastąpić brakujące struny. Są to różnego rodzaju przekonania, strategie, normy i rozwiązania, które ludzie stosują aby niezbyt efektywnie radzić sobie z rzeczywistością. Zazwyczaj pochodzą one od innych osób z którymi na różnych etapach rozwoju mieliśmy kontakt – rodziców, bliskich, partnerów. Jeśli nie dostroimy ich do pozostałych naszych strun będą nadal brzmiały obco, sztucznie i nie sprawdzą się w życiu. Czasem mogą też zupełnie nie pasować do nas i wtedy lepiej jest to sobie uświadomić i z nich zrezygnować.

Dwie harfy

Jeśli pozostaniemy w estetyce naszej metafory to terapeuta także jest harfą. W procesie swojej edukacji uczy się o tym jak harfy wyglądają, co może się z nimi dziać, jak mogą odzyskiwać swoje piękno. W procesie terapii własnej poznaje samego siebie i porządkuje swoje sprawy czyli struny i ogólny stan. Dzięki temu może pomóc klientowi w naprawianiu swojej harfy. Psychoterapia przyjmuje więc często postać tytułowego koncertu, spotkania, kiedy dwie osoby są w bliskiej relacji. W jej ramach klient może poznawać siebie, grać na swoich strunach, wydobywać różne dźwięki, porównywać je z dźwiękami pochodzącymi od innej osoby. I nie jest to wcale przesądzone, że terapeuta stanowi jakiś idealny wzorzec, czy punkt odniesienia, chociaż dobrze, gdyby przynajmniej w podstawowych sprawach tak było. Największą wartością takiego spotkania jest to, co dzieje się między dwoma osobami oraz jakie doświadczenie z niego wynika. Jak się bowiem okazuje, bardzo często korzystają na tym i jest to rozwijające, dla obydwu stron.

Martha's harp
Creative Commons License photo credit: thomas hull

Zaklinanie rzeczywistości

Filed under: Psychologia, Psychoterapia, Rozwój osobisty — Dominik at 9:40 am on Friday, December 2, 2011

Tym razem mamy już początek grudnia czyli głęboką jesień, pomyślałem więc, że na taką porę roku dobry będzie tekst nieco poważniejszy niż ostatnie dwa. Właściwie nigdy nie byłem specjalnym wielbicielem jesieni, moja pora roku to wiosna i wczesne lato. Dlatego zazwyczaj kiedy dni zaczynały robić się coraz krótsze, moje nastawienie odnośnie otaczającej aury stawało się z każdym dniem coraz mniej przychylne, delikatnie mówiąc. Nie znamy jednak póki co skutecznego sposobu na ominięcie mniej lubianych pór roku. Nie pozostaje zatem pewnie nic innego, jak nauczyć się z ich obecnością żyć. Moje przemyślenia na ten temat doprowadziły mnie do punktu, w którym stwierdziłem, że mimo iż za jesienią nie przepadam, to jej istnienie ma jakiś sens. Chociażby taki, że przyroda potrzebuje odpoczynku i oczyszczenia po intensywnym lecie. Co jednak ma wspólnego istnienie jesieni z życiem i psychoterapią?

Sens

Tak jak w przyrodzie zmienność pór roku pełni jakieś funkcje, tak i nasze życie przebiega w określony sposób i ma swoją logikę. Przytrafiają nam się różne zdarzenia – i pozytywne i negatywne, takie których sobie życzymy i takie, których wolelibyśmy uniknąć. Zazwyczaj nie podoba nam się, kiedy coś nie idzie po naszej myśli i często złościmy się z tego powodu. Obwiniamy wtedy często o zaistniałą sytuację inne osoby, okoliczności zewnętrzne, los i wiele innych możliwych czynników. Czy potrafimy jednak dostrzec nasz udział w takim a nie innym zdarzeniu? Czy w szerszej perspektywie udaje się dostrzec jakieś zależności i powtarzające się sytuacje? O czym mogą one świadczyć? Czy mają one jakiś głębszy sens czy są może jednak tylko szeregiem przypadkowych zdarzeń?

‘To się wtedy nie domknie’

Nie dalej jak dwa tygodnie temu usłyszałem od człowieka ważnego w moim zawodowym życiu zdanie, które na długo ze mną zostało. Rozmawiając o pracy z klientami zadałem mu pytanie brzmiące: ‘a co jeśli klient koniecznie chce wyjść ze swoim pomysłem na rozwiązanie konkretnej sytuacji, a ja mam prawo przypuszczać (choć praktycznie nigdy nie ma takiej pewności!), że to nie jest jednak dobry pomysł?’. Usłyszałem spokojną odpowiedź: ‘być może musi sam to sprawdzić. I jeśli faktycznie to nie jest dobry pomysł, to się mu to wtedy nie domknie’. Proste, prawda?

Gdzie ten sens?

Życie jest mądre, ma swój sens i dzieje się zgodnie ze swoimi prawami. Jeśli będziemy próbowali je naginać, być może w krótkiej perspektywie coś nam się uda. Możemy na przykład podkolorować fakty w CV chcąc otrzymać konkretną pracę, albo lekko zmanipulować partnera, żeby z nim być lub coś od niego uzyskać, możemy także udawać coś przed sobą, po to zrealizować jakiś swój plan. To właśnie nazywam zaklinaniem rzeczywistości. Czy w dłuższej perspektywie to się jednak opłaci? Nie mam tu bynajmniej na myśli kwestii moralnych, odnoszę się jedynie do psychologicznych konsekwencji takich strategii, które jak się okazuje, ostatecznie zwracają się przeciwko nam samym. Drogi na skróty rzadko się sprawdzają. Przykładowo, wielu młodych ludzi, absolwentów ma obecnie trudności ze znalezieniem pracy. Czy winny jest tylko kryzys? A co z jakością studiów i własnym zaangażowaniem w naukę? Mam okazję czasem z takimi osobami rozmawiać i często niepokoi mnie podejście o jakim słyszę: po co się tego uczyć, to jest nieprzydatne, ważne żeby zdać i mieć spokój. Jestem przekonany, że każdy w swoim życiu codziennie dokonuje swoimi decyzjami wyborów: czy respektuję prawa życia, czy próbuję je dostosować do siebie?

Sens w gabinecie

Podczas pracy terapeutycznej klient szuka rozwiązań dla swojej sprawy, z którą przyszedł. Najwartościowsze są te odkrycia, których sam dokona. Jeśli wspólna z terapeutą praca jest prowadzona uważnie, większość z tych odkryć ma szansę być dobrze sprawdzona i zazwyczaj wnoszą one określoną wartość w życie klienta. Czasem jednak pomysły nie są trafione i mimo wyczuwalnego braku energii w kierunku takiej propozycji, klient decyduje się zastosować takie rozwiązanie. Takie zaklinanie rzeczywistości najczęściej ma małe szanse na powodzenie. Zazwyczaj źle załatwiona sprawa odezwie się ponownie, często z większą siłą. Jest na szczęście jednak pewne pocieszenie. Nawet jeśli takie rozwiązanie się nie sprawdzi, to klient staje się bogatszy o nową wiedzę o tym co NIE zadziałało. Ostatecznie, przy odpowiedniej uważności, jest więc to nadal szansa na nauczenie się czegoś ważnego o życiu.

Psychoterapia - refleksja

Filed under: Psychologia, Psychoterapia — Dominik at 11:13 pm on Saturday, June 4, 2011

Mam dobrą znajomą, z którą kontakt jest dla mnie zawsze wyjątkowym wydarzeniem. Mógłbym powiedzieć, że poznaliśmy się przypadkiem, choć jestem głęboko przekonany, że takimi zdarzeniami nie przypadki rządzą. Zazwyczaj rozmawiamy na tematy ludzkie, życiowe, psychologiczne i psychoterapeutyczne. Ponieważ jej wiedza i osobiste doświadczenia z pracy z kilkoma terapeutami wydały mi się niezwykle dojrzałe i wartościowe, poprosiłem ją o spisanie kilku swoich refleksji na temat psychoterapii. Oto co napisała, w całkowicie oryginalnej formie:

***
‘Nasze granice wyznaczone są tylko przez nasze lęki.’
[Yannik Noah]

‘Skrajny’ profesjonalizm jaki zauważałam na terapii to trzymanie się do ‘bólu’ drogi wytyczonych celów, granic relacji, czasu spotkań, kontaktów między sesjami, częstotliwości spotkań, płatności itp. Kiedyś wydawało mi się to dobre, dzisiaj jawi mi się jako nieżyciowe. Życie jest pełnie nieprzewidywalności, niejednoznaczności i sztuką jest umieć tak modyfikować drogę do celu i swoje cele aby osiągnąć to czego się pragnie. Terapia jest sztuczną, niesymetryczna relacją. Od klienta terapeuta oczekuje szczerości i spontaniczności oraz zachowań jak w codziennych relacjach. Wobec tego czy taki profesjonalizm pomaga i czy pomoże w urealnieniu relacji? Czy ją oddali od życia i rzeczywistości? Komu pomaga? Źle się czułam w profesjonalnym kontakcie i zawsze miałam to głębokie poczucie nierealności, odłączenia od życia, momentami wręcz przedmiotowości mojej osoby. Dużym wewnętrznym szokiem było, gdy zamiast wyczuwalnego przeze mnie suchego ‘musiało być Pani trudno’ od ‘profesjonalnego’ terapeuty, mogłam doświadczyć ciszy i poczucia bycia ze mną w doświadczeniu ze strony empatycznego terapeuty. Empatia pomogła mi poczuć samego siebie, pomogła mi być realnie w relacji, pomogła mi w odsłanianiu siebie, zachęcała do otworzenia się na kontakt. Paradoksalnie przy empatycznym terapeucie potrzeba ścisłego i konkretnego omawiania granic nigdy nie miała miejsca, granice same się pojawiały i nie potrzebne były dodatkowe zasady. Na terapii czułam coś prawdziwego i faktycznie terapia stała się częścią mojego życia, czułam że jestem ‘w’ terapii. W przypadku pierwszym, odbierałam taki kontakt tak jakbym byłam ‘na’ terapii będącej amboną, na której obserwowałam moje życie z dystansu zmieniając coś na odległość.

‘To absurd twierdzić, że człowiek jest dobry albo zły. Człowiek jest i dobry, i zły.’
[Elbert Green Hubbard]

Czy jesteśmy niewolnikami swoich popędów i doświadczeń z przeszłości, czy jest w nas dobro do którego docieramy i umiemy się nim dzielić z innymi? Pamiętam kiedyś wracałam z każdej sesji wewnętrznie zdruzgotana, z tą jedną chroniczną myślą ‘jestem całkowicie zła’ oraz manipuluję wszystkimi abym zaspokajali moje potrzeby. Po roku takich analiz zauważyłam w sobie coraz większą potrzebę ukrywania przed terapeutą moich planów, myśli, odczuć czy też wydarzeń dnia codziennego. Czułam, że wszystko co robię jest niedobre, a moja terapeutka jest po to aby mi pokazywać wszystkie ‘złe’ elementy mnie. Brakowało mi w tym równowagi i poczucia, że są zarówno rzeczy które robię dobrze jak i te, które robię źle. Myślałam: ‘Przecież nie ma człowieka, który jest całkowicie zły jak i całkowicie dobry, jest jakiś środek – musiał być…’. Praktycznie na wszystkich sesjach, oczywiście na tych, na które odważyłam się coś wnieść, wychodziło że moje mechanizmy zachowania i działania są niedobre i nieefektywne, wobec tego trzeba je zmienić na coś bardzie dorosłego i dojrzalszego. Miałam wrażenie, że z założenia jestem zła, postępuje niewłaściwie i jestem niewolnikiem swojej przeszłości. Jedyne co mogę zrobić to tylko kontrolować wszystkie moje egocentryczne zachowania przez pogłębianie wglądu. Taka terapia zakończyła się niepowodzeniem, ponieważ przestałam mówić. Dopiero po dwóch latach zobaczyłam w pewnym sensie ten absurd w dążeniu do kontroli ‘złych’ popędów. W terapii u innego terapeuty usłyszałam drugą ‘stronę. Usłyszałam, że mam w sobie zasoby i determinację, które pomogą mi przezwyciężyć moje trudności. Zaintrygowało mnie to, ponieważ do tamtego momentu nikt nie doceniał moich wysiłków w terapii. Do tej pory czułam się na terapii jak dziecko strofowanie przez rodzica, tyle że ja nie chciałam być dzieckiem i oczekiwałam partnerskiej relacji. Zauważanie we mnie ze strony terapeuty zasobów i ich nazwanie, sprawiło że poczułam je bardziej ‘w sobie’ oraz zobaczyłam, że mam na tyle siły aby zmienić wiele w swoim życiu. Na dalszym etapie terapii sama zaczęłam widzieć w sobie zarówno dobre rzeczy które warto wzmacniać, jak i te które warto osłabić, ponieważ nie są pomocne. Było dla mnie budującym gdy po sesji, na której bardzo ciężko pracowałam usłyszałam: ‘dziękuję’ lub informacje, że zrobiłam dzisiaj bardzo dużo.
Pamiętam na zajęciach z psychoterapii, gdy jeden ze studentów powiedział swojemu ‘klientowi’ po zakończeniu sesji ‘dziękuję’, nasz prowadzący się oburzył na to i dodał: ‘to pacjenci mają nam dziękować, a nie my im’. Zastanowiło mnie wtedy takie pytanie: ‘Co złego jest w docenieniu wykonanej pracy przez klienta? Przecież wielu psychologów udowodniło wielokrotne że pozytywne wzmocnienia są bardziej skuteczne niż negatywne. Inaczej mówiąc lepiej docenić niż karać. Czy prowadzący nie zaprzecza teraz sam sobie jako psycholog? Czy może sam nie umie docenić swojej pracy?’

‘Historia wolnego człowieka nigdy nie jest pisana przez przypadek, ale przez wybór - jego wybór.’
[Dwight D. Eisenhower]

Terapeuta ma wielokrotne rację, w końcu jest specjalistą, ma doświadczenie, wiedzę. Oczywistym jest, że terapeuta prowadzi terapię, ale za to dyskusyjnym czy prowadzi ją w tym kierunku, w którym chce podążać klient. Weźmy takie zdanie: ‘On jest alkoholikiem ale jeszcze o tym nie wie, że to jest jego problem’. Jeśli klient uważa, że alkoholizm nie jest jego problemem, to czy droga obrana przez terapeutę aby pracować z tym problemem jest tym o co chodzi? Myślę, że wiele osób uważa, że to dobre, choćby z logicznego punktu widzenia. Tak, jest to dobra droga dla otoczenia, ponieważ taki pacjent jest na terapii dla dobra otoczenia. Każdy z nas ma prawo przeżyć swoje życie tak jak chce i jeśli wybiera drogę cierpienia, czy mamy mu ją przerwać czy pozwolić mu decydować o swoim życiu? Pytania ‘Nad czym chcesz dzisiaj pracować?, ‘Co chcesz dzisiaj robić?’, kiedyś mnie denerwowały, kiedyś nie doceniałam w pewnym sensie ‘genialności’ tych prostych pytań. Prostych pytań, które pozwoliły mi iść drogą moich wyborów.

‘Pokora rodzi olbrzymów.’
[Gilbert Keith Chesterton]

Bardzo bliska jest mi myśl, że ostatecznie w terapii niesymetryczność i ‘władza’ terapeuty jest pozorna. Pozorna dlatego, że wystarczyłby inny ciąg wydarzeń życiowych i role mogłyby być odwrócone. Terapeuta bardzo efektywnie pracujący po 10 latach swojej praktyki, może sam zostać klientem i potrzebować pomocy u innego terapeuty. Nazwę to ‘pokorą’ wobec życia i pamiętaniem, że ‘jestem tutaj właśnie teraz’ nie dzięki swojej wybitności i wspaniałości jako terapeuta, ale tak się ułożyło z moją większą lub mniejszą pomocą. Osoba, która szuka u mnie pomocy potrzebuje abym jej towarzyszył i wspierał ją w jej drodze. To poczucie, które nazwę człowieczeństwo, kryło się za wieloma często przeze mnie niezauważonymi słowami terapeuty: ‘Nie jestem idealna’, ‘Mogłam źle zapamiętać’, ‘Nie rozumiem, możesz wyjaśnić’ lub momenty dekoncentracji, czy też zmęczenia. Inaczej mówiąc, terapeuta nie jest cyborgiem i im bardziej odbierałam go jako człowieka, tym lepiej się czułam w kontakcie. Terapia prowadzona w myśl: jako pacjent jestem słabym człowiekiem będącym na terapii u nieomylnego przepełnionego omnipotencją terapeuty, mnie odstraszyła i spowodowała rezygnację. Oczywiście seria błędów, zapomnień, spóźnień, dekoncentracji, zmęczenia też ma swoje limity i granice zdrowego rozsądku.

‘Nie wiedziałem, że na świecie jest tylu idiotów, dopóki nie poznałem internetu.’
[Stanisław Lem]

Terapia ‘przez’ internet. Z jednej strony mnie intryguje, z drugiej strony czuje do niej niechęć. Terapia zawsze kojarzyła mi się z relacją, realnym kontaktem, spotkaniem z drugim człowiekiem, jego namacalną obecnością, tworzeniem bezpiecznej przestrzeni. Przez internet mamy literki, mamy kamerki internetowe, mamy lagi (opóźnienia w transmisji danych). Gdzie takie terapie internetowe się odbywają? w domu klienta i w domu terapeuty? Czy zachowana jest dyskrecja? Czy taką rozmowę można podsłuchać? Czy ktoś może wejść do pokoju w trakcie takiej terapii? Kto jeszcze czyta rozmowy, słucha ich? Jak wygląda superwizja takiej terapii? Czy klient wyraża zgodę na zapis rozmowy w archiwum? Czy wydarza się ‘coś’ pomiędzy rozmówcami? Terapia przez internet wytwarza we mnie niezliczoną ilość pytań. Terapeuci, których znałam niechętnie odnosili się do rozmowy przez telefon, traktując ją jako rozwiązanie w sytuacjach kryzysowych, ciekawe co myślą o terapii przez internet? Terapeuta koleżanki, jeśli ta przygotowała i przyniosła kartę z tym co chciała powiedzieć, prosił o opowiedzenie własnymi słowami, a nie czytanie.

‘Ludzie rodzą się równi, ale też rodzą się różni.’
[Erich Fromm]

To co napisałam wyżej jest ważne, ale dla mnie, komuś innemu może wydawać się zbędne. Dla mnie w terapii ważna była relacja i możliwość jej doświadczenia. Nie miał znaczenia czas, nigdy nie wytyczałam sobie określonego terminu trwania terapeutycznej relacji, chciałam jej doświadczyć, a nie ją skończyć w określonym czasie. Zdaję sobie sprawę, że dla wielu osób czas i terminy motywują oraz sytuacja finansowa je wymusza. Miałam dość konkretnie oczekiwania od osoby terapeuty szukałam autentyczności, szczerości i cierpliwości. Oczekiwałam akceptacji oraz dania mi czasu za zaufanie osobie, z którą byłam w terapii. Dla mnie to doświadczenie było czymś więcej niż tylko pracowaniem nad zmianą zachowania. Dlatego wszystkie moje spostrzeżenia i refleksje są opatrzone tym błędem, ponieważ bardziej mówią o tym co sprawiło, że czułam się lepiej w kontakcie niż, co sprawiło, że efektywniej pracowałam.

***

Serdecznie dziękuję Ci za ten tekst. Dziękuję, że pozwoliłaś mi podzielić się Twoimi przemyśleniami z innymi osobami. Pozdrowienia i wszystkiego najlepszego, szczególnie dzisiaj : )

Śniło mi się dzisiaj…

Filed under: Psychologia, Psychoterapia — Dominik at 12:46 am on Wednesday, April 6, 2011

Na pewno znasz ten moment – tuż po przebudzeniu. Jeszcze przed chwilą byłeś w innym świecie, teraz szybciutko materializuje się rzeczywistość miejsca, w którym żyjesz. Jeszcze przed chwilą coś Ci się śniło, teraz zmysły zaczynają odbierać bodźce ze świata realnego. Czasem przez chwilę trudno jest Ci się zorientować, co się dzieje i gdzie jesteś, jednak po niedługim czasie rozpoznajesz już sytuację dookoła - obudziłeś się ze snu. Pamiętasz co Ci się śniło?

Dobowa aktywność

Każdy z nas śpi. Mniej lub bardziej regularnie, ale spanie jest niezbędną czynnością, umożliwiającą wypoczynek i regenerację organizmu. Bez wątpienia nasze ciało czerpie ze zjawiska spania mnóstwo korzyści. Oprócz jednak sfery fizycznej, także dla naszej psychiki spanie jest bardzo ważnym czasem. Przestrzenią, z której nasza psychika z owego czasu korzysta, są nasze sny. Sferą snów już od zamierzchłych czasów interesowali się niezliczeni badacze pochodzący z różnych dziedzin i orientacji naukowych. Na przestrzeni wieków przypisywano snom różne znaczenia i różną wagę. Także psychologia od samego początku zwróciła swoją uwagę na tą ważną część naszego życia.

Każdy z nas śni

Czasem budzimy się bardzo dobrze pamiętając sen, zwłaszcza jeśli obudzenie nastąpiło w sposób nagły, lub na skutek samego snu. Z reguły przez kilka chwil pamięć marzenia sennego jest jeszcze obecna, by po chwili najczęściej się rozwiać. Często jednak naszych snów nie pamiętamy. Z pewnością coś nam się śniło, jednak nie mamy dostępu do tego wspomnienia, lub też pozostało nam tylko delikatne wrażenie na temat klimatu snu. Zazwyczaj śnimy też kilka snów w ciągu jednej nocy.

W poszukiwaniu znaczeń

Freud mówił o snach, że są królewską drogą do nieświadomości. Miały one według niego stanowić metaforyczną formę prezentacji części naszej psychiki, niedostępnej świadomości. Różne kultury opracowały szeregi senników, których zadaniem jest tłumaczenie znaczenia snów. Opierają się one na założeniu istnienia pewnej symboliki znaczeń, wspólnej dla wszystkich ludzi lub osób w danym kręgu kulturowym. Perls, czyli ojciec Gestaltu, trawersując nieco Freuda, mówił z kolei o snach jako królewskiej drodze do integracji. Ich rolą ma być wskazywanie gdzie się znajdujemy w relacji do świata i samych siebie. Brzmi bardzo intrygująco, ale czy faktycznie możemy sny jakoś wykorzystać?

Typy snów

Spotkałem się także z dosyć elegancką klasyfikacją snów, pod względem ich treści. Autorzy tej koncepcji wyróżniają pięć rodzajów snów. Są to zatem sny: a). powiązane z aktualnymi wydarzeniami życiowymi – sny pozwalają wtedy lepiej skontaktować się ze znaczeniem danej sytuacji dla nas, bądź wyładować związane z nią uczucia, b). nawiązujące do przeszłych wydarzeń – tutaj ich rolą jest dostarczenie brakujących informacji w celu lepszej integracji tych doświadczeń, c). przygotowujące do przyszłych doświadczeń – opierając się na bieżącej sytuacji życiowej mogą sny ujawniać potencjalne przyszłe tendencje, d). wspólne wielu ludziom, e). dotyczące niezwykłych wydarzeń i zjawisk nadprzyrodzonych. Czy jest to podział kompletny?

Sny w psychoterapii

Jeśli sny mogą być tak bogatym źródłem informacji, nic dziwnego, że pojawił się pomysł wykorzystania ich w procesie psychoterapii. W istocie takie próby podejmowane są od samego zarania idei pomocy psychologicznej. Przybierały różne formy i strategie odczytywania znaczenia snów. Wspomniany przeze mnie wcześniej Freud zachęcał swoich pacjentów do szukania wolnych skojarzeń związanych z elementami snu, aby je poznawać i interpretować. Dzięki takim wglądom możemy zyskiwać lepsze rozumienie naszej rzeczywistości psychicznej. Mnie osobiście bliższy jest Gestaltowy pomysł Perlsa. Według niego, każdy aspekt snu reprezentuje jakąś część osobowości śniącego. Klient przygląda się więc poszczególnym elementom swojego snu, czasami nawet stając się nimi. Ma to na celu lepsze poznanie dynamiki przekazu zawartego w śnie. Zgodnie z tym podejściem, jedynie klient ma klucz do zrozumienia znaczenia swojego snu, poprzez odniesienie go do własnej, unikalnej rzeczywistości.

Projekcja, dobra znajoma

Filed under: Psychologia, Psychoterapia, Rozwój osobisty — Dominik at 6:53 pm on Tuesday, February 1, 2011

Byłem ostatnio świadkiem pewnej scenki, która natchnęła mnie inspiracją do napisania tego tekstu. Otóż załatwiałem sprawę w ZUSie, a właściwie oczekiwałem w kolejce na podejście do stanowiska i chcąc nie chcąc, widziałem i słyszałem jak przy jednym ze stanowisk załatwiał swoją sprawę pewien pan. Jeszcze kiedy oczekiwał w kolejce można było wyczuć jego duże napięcie, niecierpliwość i spore pobudzenie. Jednym słowem, łagodnie mówiąc – nie był w najlepszym humorze. Kiedy podszedł do stanowiska, mocno podniesionym głosem rozpoczął od narzekania, jak to bardzo źle go ZUS potraktował przesyłając jakieś pismo. Nie interesowała mnie merytorycznie sprawa, którą załatwiał, moją uwagę zwróciło jego zachowanie. Od samego początku zarzucał pracownicy brak dobrej woli, niekompetencję i oskarżał o niekulturalne zachowanie. Nadmienię, że pani przy stanowisku obsługiwała tego klienta w moim odczuciu bardzo spokojnie i rzeczowo. Wyraźnie było widać, że kipiący niechęcią i złością pan, swój własny stan próbował przerzucić na swoją rozmówczynię. Przypuszczam, że spotkaliście się z podobnymi sytuacjami, a zjawisko jakie opisałem nosi nazwę projekcji.

Mechanizm obronny

Dlaczego zdecydowałem się napisać o projekcji? Jest ona niezwykle powszechnym i jednocześnie bardzo utrudniającym zdrowe kontakty międzyludzkie zjawiskiem. Projekcja jest jednym z tzw. mechanizmów obronnych, a więc sposobów jakie ludzie wykształcają sobie w celu obrony przed trudnymi przeżyciami psychicznymi. Zasadniczo mechanizmy obronne mają adaptacyjne znaczenie, pozwalają nam przetrwać w wymagających sytuacjach. Jednak często i w nieświadomy sposób potrafią one bardzo się rozbudować w psychice i wtedy stają się już niezbyt pożyteczne. Jeśli działają w dużej liczbie i ze znaczną siłą, utrudniają zdrowe funkcjonowanie, przede wszystkim poprzez zniekształcanie odbioru rzeczywistości. Najczęściej spotykane i omawiane mechanizmy obronne to wyparcie, przemieszczenie, izolacja, zaprzeczenie, racjonalizacja i właśnie projekcja.

łac. proicere, wyrzucać przed siebie

Projekcja polega na przypisywaniu innym ludziom własnych poglądów, zachowań, cech lub przeżyć, najczęściej o charakterze negatywnym, czyli nie akceptowanych u siebie. Jeszcze inaczej, bardziej w duchu Gestalt, można powiedzieć, że projekcja to mechanizm czynienia otoczenia odpowiedzialnym za to, co powstaje we mnie i co się ze mną dzieje - różnych impulsów, myśli, pragnień, ocen. Osoba, która posługuje się mechanizmem projekcji nie potrafi pozwolić sobie na to, żeby rozpoznać u siebie swoje własne stany psychiczne, np. że jest zła, lub zaniepokojona. Uświadomienie sobie takich stanów może być dla niej trudne, np. wtedy gdy wychowywana była w duchu bycia grzeczną i spokojną, a okazywanie złości było przez rodziców niemile widziane. Nauczyła się więc, że okazanie złości jest niewłaściwe. Coś jednak z tą energią stać się musi i jednym ze sposobów jest wyprojektowanie jej na zewnątrz, najczęściej na inną osobę. Wtedy właśnie, podobnie jak pan opisany przeze mnie na początku, zarzuca innym, że są zdenerwowani, smutni lub krytycznie nastawieni. W istocie jest to jednak przypisanie swojego stanu innej osobie. Jak wiele powoduje to komplikacji w relacjach z innymi ludźmi, bardzo łatwo się domyślić.

Nie czyń drugiemu…

Czy projekcję trzeba zwalczać? Czy jest na nią jakieś lekarstwo? Projekcję warto poznać i nauczyć się rozpoznawać ją u siebie. Pierwszym krokiem jest skupienie uwagi na sobie, swoich doznaniach i uczciwe ich uznanie. Dzięki temu możemy wiele zyskać i to w dwóch obszarach. Po pierwsze, na pewno poprawią się dzięki temu nasze relacje z innymi ludźmi. Nikt z nas nie lubi przecież, gdy zarzuca się nam coś, co nas nie dotyczy. Czujemy się wtedy atakowani i w naturalny sposób wyzwala to postawę obronną. Podobnie dzieje się z naszymi rozmówcami, kiedy projektujemy na nich nasze sprawy. Jeśli uda nam się tego nie robić, osoby, które kontaktują się z nami odczują ten kontakt jako bardziej komfortowy, bezpieczny i przyjemny. Drugi zysk jest równie ważny. Dzięki uświadomieniu sobie mechanizmów projekcji możemy podjąć decyzję o spotkaniu się z powstającymi w nas uczuciami i myślami i wziąć za nie odpowiedzialność. Przestajemy wtedy obwiniać za to, co się z nami dzieje naszych partnerów, rodziców, szefów, rząd czy kogokolwiek jeszcze. Stajemy się bardziej świadomi własnych potrzeb, zdolności i możliwości ich zaspokajania. Dzięki temu możemy podejmować lepsze, zdrowsze i skuteczniejsze działania, zmierzające do poprawy jakości naszego życia.

Zdrowie psychiczne

Filed under: Psychologia, Psychoterapia, Rozwój osobisty — Dominik at 10:14 pm on Tuesday, December 7, 2010

Od dłuższego już czasu chodził mi po głowie post o bardziej ogólnym charakterze. Często podczas pracy z klientami dochodzimy do momentu, kiedy rozważamy wspólnie – jaki jest cel pomocy psychologicznej. Do czego mają właściwie doprowadzić nasze rozmowy i wędrówki po życiowych doświadczeniach. W sensie ogólnym zazwyczaj dochodzimy do wspólnego wniosku, że celem jest odzyskanie, bądź poprawa i rozwój zdrowia psychicznego. No pięknie. Tylko czym zdrowie psychiczne jest? Jak je rozumieć? Jak rozpoznamy, że możemy się nim cieszyć?

Definicje oficjalne, medyczne i Wikipedia

Najprostsza i powszechna definicja mówi, że zdrowie psychiczne to brak choroby psychicznej. Czuć w niej wyraźnie charakterystyczne medyczne ujęcie zdrowia, rozumianego jako zaprzeczenie obecności choroby. Mam wrażenie, że mało więc z tej definicji w istocie wynika. Jeśli zatem zdecydujemy się na dalsze poszukiwania, sprawy zaczną się interesująco rozszerzać. Wpisując hasło będące tytułem tego posta w wyszukiwarkę, uzyskamy mnóstwo odnośników do przeróżnych definicji. Większość z nich ujmuje zdrowie psychiczne jako zdolność do pełnego, harmonijnego życia, pozwalającego osiągać satysfakcję w większości życiowych sfer. I zdecydowanie można się z takim poglądem zgodzić. Jeszcze inne, bliskie mi definicje, kładą akcenty na realizowanie wrodzonych potencjałów rozwojowych czyli naszych najlepszych cech i talentów. Wikipedia podaje też interesujące ujęcie zdrowia psychicznego autorstwa polskiego psychologa Kazimierza Dąbrowskiego. Chciałbym jednak bliżej zaprezentować dwa jeszcze inne ujęcia, które wydają mi się szczególnie ciekawe i mają liczne implikacje dla procesu psychoterapii.

Zdrowie jako świadomość

Pierwszą definicję usłyszałem od profesora Czabały, postaci niezwykle ważnej i zasłużonej dla polskiej psychoterapii. Nie wiem czy jest ona jego autorstwa, czy był to przekaz ale zrobiła na mnie duże wrażenie i zapamiętałem ją jako bardzo użyteczną. Zgodnie z nią: ‘zdrowie psychiczne to brak napięcia. A brak napięcia to absolutna świadomość motywów własnego postępowania’. Co mi się w niej podoba? Obydwa jej człony. Czyż nie przyjemne i zdrowe jest życie, kiedy nie przeżywamy wewnętrznych napięć i stresów? Gdy udaje nam się harmonijnie i elastycznie prowadzić nasze sprawy, bez tytanicznych wysiłków i konfliktów? Z pewnością takie życie można nazwać zdrowym. Skąd ma się ten brak napięć brać? A z maksymalnej świadomości. Świadomości dlaczego postępujemy tak a nie inaczej, dlaczego podejmujemy taką a nie inną decyzję, jak przeżywamy to czy inne uczucie. Ta świadomość z pewnością nie gwarantuje braku sytuacji trudnych, jednak na pewno pozwala lepiej sobie z nimi radzić. Lepiej czyli elastyczniej i swobodniej, a to przekłada się na ilość doznawanego napięcia psychicznego.

Zdrowie jako prawda

Autorem drugiej mojej ulubionej definicji zdrowia psychicznego jest Scott M. Peck, autor polecanej przeze mnie często książki ‘Droga rzadziej wędrowana’. Ten niezwykle inspirujący człowiek rozumie zdrowie psychiczne jako: ‘wierność rzeczywistości za wszelką cenę’. Jak rozumieć tę propozycję? Ja rozumiem ją jako zdrowie wynikające z niezafałszowanego odbioru otaczającej nas rzeczywistości. Jeśli będziemy zdolni doświadczać wszystkiego ‘takiego, jakie jest’ to nasze reakcje i podejmowane działania będą oparte o prawdziwe informacje. Nie padniemy ofiarą naszych wyobrażeń, wspomnień, ograniczeń i projekcji i dzięki temu będziemy mogli podejmować lepsze decyzje. One z kolei prowadzą do zdrowszego i bardziej satysfakcjonującego życia. Uważam tę definicję, za niezwykle wielowątkową i twórczą. A może ktoś miałby ochotę podzielić się swoją jej interpretacją i rozumieniem w komentarzu do posta? Zapraszam!

Bonsai

Filed under: Psychoterapia, Rozwój osobisty — Dominik at 12:06 am on Thursday, May 27, 2010

Kojarzona głównie z Japonią, ale w istocie chińska sztuka bonsai, to sztuka miniaturyzowania roślin. Na skutek różnych zabiegów, polegających głownie na owijaniu drutem oraz odpowiednim przycinaniu rośliny, udaje się powstrzymać ją przed wzrostem do naturalnej wielkości. Roślina karłowacieje, stając się miniaturowym drzewkiem. Dlaczego o tym piszę? W moim odczuciu to, co często spotyka ludzi w życiu, to swego rodzaju psychiczne bonsai.

Zdrowa natura

Wyobraźmy sobie jak wszystko wyglądać może, kiedy dwoje świadomych ogrodników, postanowi w zdrowy sposób zaufać naturalnemu procesowi wzrostu ich malutkiej roślinki. Kierując się miłością stwarzają jej optymalne warunki: dbają aby miała dostęp do żyznej, wartościowej gleby, dostarczają odpowiednią ilość wody i pilnują, żeby nie brakowało ożywczego światła. Starają się, aby niczego roślince nie zabrakło, oraz żeby nie była narażona na niebezpieczeństwo inwazji potencjalnie groźnych czynników. Z drugiej strony zachowują także zdrowy umiar, unikając przekarmiania, rozpieszczania i klaustrofobicznej ochrony. Dzięki taki warunkom, roślinka może w zdrowy i bezpieczny sposób realizować swoje najcenniejsze potencjały rozwojowe i w konsekwencji wyrosnąć na silne i piękne, harmonijnie rozwinięte drzewo.

Psychiczne bonsai

Często jednak ogrodnicy wpadają na różne dziwne pomysły. Kierowani własnymi doświadczeniami mogą na przykład wybudować nad roślinką szklany klosz, który ma być ochroną przed groźnym światem zewnętrznym. Ochrona - tak, izolacja - nie. Zbyt szczelny klosz nie pozwoli roślince na kontakt ze światem i poznanie jego prawdziwej natury. Skutkiem tego może być nieprzygotowanie rośliny do przetrwania w dorosłym świecie. Jednak chyba jeszcze gorsze losy spotykają roślinkę, której ogrodnicy wpadają na pomysł ukształtowania jej zgodnie z jakimś swoim wyobrażeniem. Fundują zatem swojej podopiecznej kurację polegającą na wiązaniu jej drutem wymagań i oczekiwań, poleceń i nakazów zachowywania się taki, a nie inny sposób. Przycinają bezlitośnie, beztrosko wybijające młodziutkie gałązki i listki, poskramiając w ten sposób zdrową ekspresję natury i próbują nadawać roślinie wymyślony kształt. Takimi ogrodnikami są często rodzice, którzy nie zrealizowali się w swoim własnym życiu, którym najczęściej także nie pozwolono realizować swoich najcenniejszych możliwości. Rezultatem takich działań jest dorosła roślina, która w zasadzie jest, jakoś żyje, ale jest to życie mocno ograniczone, zniekształcone w wielu obszarach, pozbawione pełni doświadczania. Co gorsza, długotrwała obecność ograniczeń i zniekształceń tak mocno zapisuje się w naszej pamięci, że nawet kiedy już wyzwolimy się spod fizycznej władzy ogrodników, nadal żyjemy i rośniemy w taki sposób, jak gdyby pętały nas niewidzialne więzy i druty. Sami sobie fundujemy labirynt wymagań i ograniczeń, który z pewnością nie prowadzi do wyjścia z napisem ‘Zdrowe JA’.

Rozerwać druty

Wypaczone funkcjonowanie często prowadzi do załamania. Nie da się już dalej żyć w taki poskręcany, ograniczony sposób. Powtarzające się niepowodzenia, obniżony nastrój, brak energii życiowej i cierpienie psychiczne (a często i fizyczne) najlepiej wskazują, że coś w naszej postaci nie działa w zgodny z naturą sposób. Męczymy się z życiem, a w istocie z ograniczającymi przekonaniami na swój temat. ‘Nie jestem wystarczająco sprawny/mądry/atrakcyjny/odważny/gotowy’ by coś zrobić czy przeżyć. Na szczęście jednak prawdziwa natura najczęściej domaga się realizacji.

Jak pozbyć się ograniczających, niewidzialnych więzów i ograniczeń? Jeśli nie są one bardzo silne i bardzo liczne, można poradzić sobie z nimi często samodzielnie. Warto skupić uwagę na sobie i obserwować swoje myśli i odczucia. Należy przejrzeć i zweryfikować przekonania na temat swojej osoby, innych ludzi i natury świata. Rozmowy z bliską, zaufaną osobą, podobnie jak mądre lektury z pogranicza psychologii i filozofii mogą okazać się nieocenione. Należy także wtedy próbować testować w aktualnym życiu czy stare schematy są nam potrzebne – wchodzić ostrożnie w nowe sytuacje, które wcześniej budziły niepokój. Jak się okaże, często zupełnie nie potrzebne.

Kiedy jednak ograniczenia są liczne i wydają się gęsto utkaną, krępującą siatką, bez pomocy psychoterapeutycznej może być bardzo trudno. Terapeuta stworzy warunki do bezpiecznego ujawniania i poznawania starych myśli i wzorów reagowania. Dzięki temu można poznać ich genezę, sytuacyjne i emocjonalne konteksty, przeżyć je i zweryfikować ich obecną wartość. Można sobie to wyobrazić jako przebudowę struktury, podczas której rezygnujemy z ograniczających, obcych elementów, w ich miejsce wprowadzając nowe, własne, adekwatne do dzisiejszego życia i jego wymagań. Po takiej intensywnej pracy wewnętrznej, także przychodzi czas na wyjście w stronę świata i sprawdzenie, że stare ograniczenia były całkowicie zbędne. Jednocześnie zaczynamy kształtować swoją nową formę, tym razem już zgodnie z prawdziwą naturą, samodzielnie i bardziej świadomie.

January 28, 2010-2
Creative Commons License photo credit: SenzEnina

JA i JA czyli o stosunku do samego siebie

Filed under: Psychologia, Psychoterapia, Rozwój osobisty — Dominik at 12:53 am on Thursday, March 25, 2010

Chciałbym zaproponować Ci dziś spotkanie z kimś wyjątkowym. Z osobą niepowtarzalną, godną szacunku, doskonałą w swojej postaci. Z kimś, kto ma do zaoferowania innym ludziom wiele wartościowych rzeczy.
Jakie odczucia towarzyszyły Ci kiedy czytałeś te trzy zdania? Czy przypuszczałaś, że może chodzić o Ciebie? Czy zgadzasz się z takim opisem siebie, jaki zaprezentowałem? Jeśli tak, możesz od razu przeskoczyć do akapitu ‘JA w zgodzie z JA’. Jeśli jednak na swój temat uważasz coś innego i z trudem przyszłoby Ci uznać swoją wyjątkowość, poniższy fragment będzie dla Ciebie.

JA kontra JA

Kiedy się rodzimy, jesteśmy w pełnej zgodzie względem samych siebie. Później jednak mogą mieć miejsce różne wydarzenia i możemy dowiedzieć się o sobie wielu rzeczy od innych ludzi. To co przeżyjemy i usłyszymy, może mocno wpłynąć na kształtowanie naszego myślenia o sobie samych. Jeśli reakcje otoczenia, szczególnie rodziców, na nas, będą krytyczne, chłodne, ograniczające, naruszające godność i odrębność małego człowieka, jest duża szansa, że wzrastając nabierzemy wielu niekorzystnych przekonań na swój temat. Czy znane są Ci myśli takie jak: ‘jestem do niczego’, ‘nic mi się nie udaje’, inni są lepsi/mądrzejsi/zasługują na więcej niż ja’? To właśnie skutek takiego oddziaływania środowiska na dziecko. Warto zadać sobie wtedy pytanie: skąd się wzięło takie moje myślenie? Gdzie to słyszałem? Kto tak do mnie mówił? W dorosłym życiu, takie głęboko zakodowane przekazy stają się dla nas okrutnie ograniczającą, wewnętrzną rzeczywistością, która nie pozwala nam rozwinąć skrzydeł i realizować ważnych dla nas zadań. Sterowani nieświadomymi w większości, wchłoniętymi przekazami, bojkotujemy własne możliwości, sądząc, że nie zasługujemy na to co świat ma nam do zaoferowania. Negatywny obraz siebie jest niezwykle drenującą konstrukcją, która potrafi pozbawić nas energii i odwagi na wiele, wiele lat.

JA w zgodzie z JA

Są jednak osoby, które mają wielkie szczęście. Jeśli nasze otoczenie, z rodziną na czele, zaoferuje nam zdrowe i przychylne przyjęcie, nasza pozycja w życiu może być zupełnie inna. Otrzymując wspierające, ciepłe, troskliwe i szanujące naszą odrębność traktowanie, jest duża szansa, że wyrośniemy na osobę zintegrowaną i dobrze radzącą sobie z życiem. Nasz obraz samych siebie będzie wtedy bardziej adekwatny, będzie nam dobrze służył, pozwalając realizować indywidualne potencjały rozwojowe. Potocznie nazywa się taki stan psychiczny silnym poczuciem własnej wartości, dobrą samooceną. Łatwiej wtedy jest stosować w różnych sytuacjach życiowych postawy asertywne, które dobrze dbają o nasze samopoczucie i zdrowie psychiczne. Mając korzystny obraz siebie, nawet w sytuacjach trudnych, potrafimy radzić sobie w sposób zdrowy i rozwojowy dla nas.

Integracja JA

Psychoterapia daje szansę na pogodzenie się ze sobą. Poznając i oglądając różne aspekty samego siebie, możemy zdecydować, które elementy naszego obrazu siebie są prawdą o nas, służą nam i warto je wzmacniać. Możemy też dokładnie przyjrzeć się tym częściom, które mogą pochodzić od innych osób i zupełnie nie mieć pokrycia w rzeczywistości. Poznając ich naturę możemy zdecydować, czy nadal chcemy je mieć i jeśli uznamy, że nie - niejako je ‘wymontować’. Inne z kolei możemy ocenić jako niezbyt lubiane, jednak prawdziwe i wtedy możemy nadać im nowe znaczenia i zintegrować z resztą osobowości. Taka integracja daje szansę na pełniejsze i zdrowsze życie.

Asertywność – modne hasło?

Filed under: Psychologia, Psychoterapia, Rozwój osobisty — Dominik at 7:40 pm on Wednesday, October 28, 2009

Od pewnego czasu ogromną popularność zyskuje słowo ‘asertywność’. Często spotkać je można w rozmowach, w różnych programach telewizyjnych, w artykułach prasowych i w Internecie. Psycholodzy wszystkich chyba orientacji promują zachowania asertywne jako godne stosowania, liczne treningi i szkolenia, mają zajęcia z asertywności w swoich programach. Wydawać mogłoby się, że tak powszechny temat będzie dobrze znany i poprawnie rozumiany. Czy tak jednak jest? Czy dobrze rozumiemy idee asertywności? A przede wszystkim – czy ta rosnąca popularność jest faktycznie uzasadniona i czy warto nawiązać z asertywnością bliższą znajomość?

Mówię ‘NIE’, mówię ‘TAK’

Prowadzę co jakiś czas treningi i warsztaty z asertywności i zawsze na początku sonduję, jak rozumiana jest asertywność przez uczestników. Zazwyczaj padają propozycje brzmiące: ‘asertywność to umiejętność mówienia NIE’ lub ‘to umiejętność odmawiania’. Tak, to prawda. Takie przykłady, to przykłady zachowań asertywnych. Ale nie jest to pełen obraz. Asertywność to coś znacznie więcej niż tylko umiejętność powiedzenia ‘NIE’. Asertywność to także zdolność do powiedzenia ‘TAK’, to także zdolność do chwalenia innych osób ale także dostarczenia im konstruktywnej krytyki, to zdolność do obrony swoich praw, do wyrażania różnych swoich opinii i uczuć. Jest więc to szeroki wachlarz zachowań, a wszystkie one obejmują dwa główne elementy: zdolność do zadbania o własne sprawy, z jednoczesnym poszanowaniem praw innych ludzi. Można więc definicyjnie powiedzieć, że asertywność to umiejętność opierająca się na dwóch filarach: zdolności do dbania o siebie i postępowania w zgodzie z sobą przy jednoczesnym szacunku dla innych osób i respektowaniu takich samych praw u nich.

Zalety asertywności

Skąd zatem taka popularność koncepcji asertywności? Przede wszystkim, przyjęcie postawy asertywnej pozwala w bardzo dobry sposób zabezpieczyć wiele naszych elementarnych potrzeb. A dokładniej zapewnić relatywnie skuteczny sposób ich realizowania. Dzięki zachowaniom asertywnym jesteśmy w stanie skutecznie komunikować się z otoczeniem, tym samym dając wyraz naszym żywotnym sprawom. Mamy szansę powiedzieć innym ludziom co jest dla nas ważne i czego oczekujemy. Czujemy się dobrze z tym, że jesteśmy odpowiedzialni za samych siebie, i że dbamy o siebie. Zwiększa to nasze poczucie sprawstwa, a to zazwyczaj prowadzi do wzrostu samooceny i poczucia własnej wartości. Nasze zachowanie staje się jasne i zrozumiałe dla innych ludzi, a to powoduje, że czują się w kontakcie z nami bezpiecznie, wiedzą o co nam chodzi i czują się traktowani fair.

Asertywny język

Osoby asertywne są świadome siebie i swoich potrzeb i potrafią w zdrowy sposób dbać o ich spełnienie. Nie ma to nic wspólnego z egoizmem. Nie odbywa się to bowiem kosztem innych osób. Asertywność bardzo wyraźnie manifestuje się na poziomie języka. Osoby asertywne używają tzw. Komunikatów JA, w odróżnieniu od komunikatów TY. Komunikaty JA opisują stan i sytuację z perspektywy osoby mówiącej, Komunikaty TY atakują drugą stronę. Przykładowe asertywne zdania zaczynają się tak: ‘Chciałbym się dowiedzieć…’, ‘Chciałbym abyś…’, ‘To jest dla mnie ważne…’, ‘Mam wrażenie, że…’, ‘Czuję się dobrze/źle/atakowany, kiedy mówisz/robisz…’, ‘Jestem poruszony/zły/zadowolony gdy…’, ‘Wolałbym…’, ‘Nie chcę…’. Przykłady komunikatów TY (zdania nieasertywne): ‘Nigdy nie można na Ciebie liczyć’, ‘Zawsze robisz tak samo’, ‘Musisz natychmiast…’, ‘Denerwujesz mnie’, itp.

Czy zawsze być asertywnym?

Asertywność to pewien sposób, styl zachowania. Nauczywszy się go, możemy stosować w różnych sytuacjach, ale nie musi on być jedynym naszym sposobem zachowania. Jeśli okoliczności nas do tego skłonią i uznamy, że przyjęcie innej postawy (uległej bądź agresywnej) leży w naszym interesie, to możemy z asertywności zrezygnować. Ważne jednak, że jest to nasz wybór. Dla przykładu, jeśli będę stał w kolejce po bilet na dworcu tuż przy okienku i nagle, dobrze zbudowany właściciel karku podejdzie i powie do mnie: ‘Ja tu stałem’, to mogę wybrać zachowanie asertywne i zaprotestować, lub mogę uznać, że bezpieczniej będzie dla mnie wybrać postawę uległą i nie spotkać się z jego pięścią.

W zdecydowanej jednak większości sytuacji życiowych asertywność świetnie się sprawdzi. Nasze sprawy zostaną odpowiednio potraktowane, a inni ludzie będą się czuli z nami bezpiecznie i dobrze.

Psychoterapia słowami Zuzanny

Filed under: Psychologia, Psychoterapia, Rozwój osobisty — Dominik at 3:30 pm on Friday, August 7, 2009

Ponad rok temu w poście Co może dać mi psycholog? Przedstawiałem czego możemy z grubsza oczekiwać po spotkaniach z psychologiem i psychoterapeutą. W kolejnym Psychoterapia? Kilka słów więcej pisałem o tym, co może być skutkiem podjęcia psychoterapii. Dziś chciałbym nawiązać to tamtych tematów, pokazując je jednak z zupełnie innej strony.

Zuzanna

Od pewnego czasu koresponduję przez Internet z pewną osobą z odległej części kraju. Nigdy się nie spotkaliśmy, jednak udało nam się nawiązać bliski kontakt i mimo wirtualnych warunków, potrafimy dzielić się wzajemnie własnymi, nawet bardzo intymnymi doświadczeniami. Zuzanna rozpoczęła swoją psychoterapię w nurcie Gestalt ponad pół roku temu. Całkiem niedawno rozmawialiśmy o tym co się dzieje w jej życiu i jej terapii. Napisała wtedy wiele niezwykłych słów na temat przemian zachodzących u niej w ostatnim okresie. Wiele z nich ma swoje źródło w terapii. Słowa te tak bardzo prawdziwe i jasne, ujęły mnie niezwykle i dlatego poprosiłem Zuzannę, aby zgodziła się żebym zamieścił je tutaj. Uważam, że są znakomitym głosem opisującym jakie zmiany i w jaki sposób mogą zachodzić pod wpływem psychoterapii. Oto słowa Zuzanny:

‘…po prostu staram się trzymać z daleka od wszelkich czarności i smutności, bo nie mam na nie najmniejszej ochoty… ale najfajniejsze jest to, że wcale nie czuję, że tak muszę, ale że tego właśnie chcę, że to tylko i wyłącznie mój w pełni świadomy wybór… a jeśli pytasz o to, czy coś się w moim życiu ważnego wydarzyło lub zmieniło, co ma na mnie tak “zbawienny” wpływ, to nie, z obiektywnego punktu widzenia właściwie wszystko (albo prawie wszystko) jest tak jak dawniej… tylko właśnie - “obiektywnie”, bo “subiektywnie” jest już inaczej… nie wiem, jak to wyjaśnić… chodzi o to, że zauważam w sobie znaczną zmianę spojrzenia na siebie i otaczający świat… coraz częściej przyłapuję się na tym, że pewne rzeczy, które kiedyś wywoływały we mnie złość, smutek, poczucie winy, czy jakieś inne złe emocje, teraz już tak bardzo na mnie nie wpływają, a w każdym razie nie wpływają długotrwale… i chyba zaczynam odczuwać na własnej skórze “uleczający” wpływ świadomości, tzn. przyłapuję się już na tym, że w danym momencie “włącza mi się czerwona lampka” i myślę sobie: “tak, teraz dzieje się to i to, jak w to pójdziesz będzie tak i tak… na pewno masz na to ochotę?” mam wybór, podejmuję decyzję i dalsze moje działanie jest już bardziej świadome i bardziej zgodne z tym czego rzeczywiście chcę (póki co dzieje się tak na razie w sytuacjach nazwijmy to “łatwiejszych dla mnie”, ale już się dzieje i mam nadzieję , że będzie coraz lepiej i z czasem zacznie się to przekładać także na inne dziedziny mojego życia) … w związku z tym wszystkim czuję dużo większy “luz życia”, jakby więzy (takie w mojej głowie), które mnie krępowały i były powodem mojego egzystencjalnego bólu zaczynały powoli puszczać i bardzo mi się to podoba… nie wiem, może to przedwczesna radość, może za chwilę znów się “przewrócę” i będzie gorzej… ale tak czy siak, wyraźnie czuję, że zachodzą we mnie zmiany… i są to zdecydowanie pozytywne zmiany

ale, jak na pewno wiesz, terapia, to nie tylko godzina w tygodniu w pokoju terapeutycznym, ale proces, który cały czas zachodzi w głowie… a ja właśnie przez te 2 tyg. uświadomiłam sobie tak wiele rzeczy, pierwszy raz poczułam, że chyba powoli zaczyna mi się wszystko układać i że wcale nie jestem (choć tak mi się zdawało) już tą samą osobą, co parę miesięcy temu… albo inaczej, jestem nią, ale w takiej nowej, już trochę bardziej świadomej i akceptującej wersji…

ale najbardziej na tej terapii podziałało chyba na mnie to, że musiałam zacząć podejmować decyzje, że nikt mnie tu nie prowadzi za rączkę, że idę tam gdzie chcę, że nikt mi nie mówi, jaka powinnam być i jak powinno wyglądać moje życie… to ja decyduję, co jest dla mnie lepsze i czego tak naprawdę chcę…. i to że dochodzę do tego wszystkiego sama jest ogromnie ważne, trudne, cholernie trudne, wkurzające nawet, nowe dla mnie, dziwne, czasem spinające, ale ogromnie ważne, bo dzięki temu, to co uda mi się osiągnąć jest MOJE nikogo innego TYLKO MOJE… rozumiesz? mogę w pełni się z tym identyfikować… poza tym widzisz, nie było nic gorszego niż poczucie zniewolenia, zniewolenia przez przeszłość, przez obecną sytuację życiową itd… a ta terapia, przez to właśnie, że zmusza mnie do podejmowania decyzji i w dużym stopniu samodzielnego dochodzenia do odpowiedzi, dała mi poczucie, że nareszcie zaczynam panować nad swoim życiem, że to ja rządzę nim, a nie ono mną, a to jest dla mnie bardzo ważne… oraz ogromną satysfakcję, że potrafię dać sobie z tym trudnym zadaniem radę… no i oczywiście wiarę w swoje możliwości…’

Słowa mówią same za siebie, dlatego zachowałem je w pełni oryginalnie.

Zuzanno, bardzo dziękuję Ci, że zgodziłaś się abym mógł zaprezentować Twoje osobiste przemyślenia tutaj. Są one moim zdaniem bardzo oryginalnym i wartościowym głosem, który może pomóc innym ludziom poszukującym drogi do siebie. Dziękuję jeszcze raz.

P.S. Na prośbę autorki słów, zmieniłem imię, pod jakim tutaj wystąpiła.

Next Page »